Trójmiejska Akcja Kobieca

Temat: Parking

Jakie wymiary powinny mieć dwa stanowiska (...)

§ 2. 1. Długość pojazdu nie może przekraczać w przypadku:
3) pojazdu członowego - 16,50 m;
4) zespołu złożonego z pojazdu silnikowego i przyczepy - 18,75 m;
zespołu złożonego z autobusu i przyczepy - 18,75 m;

18.75 x 2 = 37.5m
+ troche miejsca między pojazdami = w zaokrągleniu 40m
oznakowany tabliczką "parking dla klientów SKP"

[ Dodano: 30-01-2007, 16:33 ]
Źródło: norcom.com.pl/nowe_forum/viewtopic.php?t=970



Temat: Parking na prywatnej dzialce a wymiary
Parking na prywatnej dzialce a wymiary
  Witam serdecznie, bardzo prosze o porade w sprawie projekowania parkingu:

- wspolnota mieszkanianiowa niewielkiej kamienicy (20 lokali) postanowila na polowie dzialki wylozyc kostke z mysla o parkingu.
- parking ten bedzie oddalony od okien budynku o conajmniej 10 metrow a odleglosc do najblizszej sciany bez okien bedzie wynosic okolo 6m.
- parking ma miec ksztalt prostokata, z "uliczka" biegnaca jego srodkiem a po kazdej jej stronie bedzie znajdowac sie prostopadle po 10 miejsc postojowych
- dojscie do dwoch katek zapewnione bedzie przez osobny chodnik o szerokosci okolo 2m oraz osobna furtke

Wsrod wlascicieli pojawily sie watpliwosci, jakiej wielkosci powinny byc miejsca parkingowe oraz szerokosc "uliczki" jak rowniez wjazd/podjazd.

Mam w zwiazku z tym nastepujace pytania:
- czy na taki parking potrzebne jest pozwolenie na budowe?
- czy wielkosc miejsc oraz "uliczki" na prywatnej posesji okreslaja jakies przepisy czy tez w drodze porozumienia wlasciciele moga sie zgodzic na mniejsze lub wieksze tak, by wygodnie sie znich korzystalo i jednoczesnie nie ograniczac terenow zielonych.


Z gory dziekuje za pomoc i porady
Źródło: forumprawne.org/showthread.php?t=125591


Temat: Nocne wyznanie.
Nie mam za bardzo czasu na czekanie na akcję "Noc w mieście", więc rzucam na pożarcie mniej więcej to co miałem urodzić w tej tematyce. Pojutrze wyjeżdżam w góry. Oczywiście, jeżeli potem będzie możliwość przeniesienia tematu do projektu "Noc" to by było miło, jeśli nie - skomentujcie, proszę, jako oddzielny "utwór nieokreślony"

---


Maluj, co widzisz, jak mawiali impresjoniści. Każdej nocy spędzanej w tym chrześcijańskim kraju widok mam prozaiczny i poetycki zarazem. Lampka i stolik składające się na warsztacik niedoszłego intelektualisty. I ta mała skrzyneczka jak przenośny ołtarzyk. Otwarta, wyświetla kosmos rozświetlony gwiazdami ikon, staje się nowym sanktuarium galaktyki ekranu. Wprowadza w inny wymiar. Tam dowiaduję się o kursie dolara i przegranych wojnach ludzkości.

W przerwach wędruję do kuchni. Tu pierwsza zapala się myśl. Brzask zapałki stanie się zapewne wspomnieniem młodości i wielkich idei wygasłych szybciej jak ten płomień. Która to już godzina? Rozpoczynam czekanie. Uchylam okno. Słyszę huk opadającej windy. Ktoś kaszlnął na klatce. Nasłuchiwanie. Trzask drzwi. Wyszedł. Zostałem sam z plaskaniem wody w rurach, ze wszystkimi chrabąszczami i drapakami po różnych zakątkach budynku. I z tą ćmą, która ciągle wartuje przy lampce, jakby przyklejona do ściany. Nie odganiam jej – to mój milczący towarzysz.

W tym chrześcijańskim kraju uczę się o prawie, które obowiązywało w starożytnym Rzymie lub średniowiecznej Florencji. Jednocześnie boję się, bo przez okno słyszę okrzyki. Po cóż pisano te wszystkie prawa, skoro i tak są one niczym w konfrontacji z ludzką pięścią? Istnieją przecież inne, o wiele lepsze sposoby zbierania kurzu i zabijania czasu. Dochodzona sprawiedliwość jest inną nazwą dla zemsty. Ślęczę nad książkami i udaję mędrca, a tak naprawdę boję się ludzi.

Przypominam sobie wojenne reportaże Saint-Exupery’ego, czuję ich atmosferę. Jeden z nich nosi tytuł „Nocą w okopach wrogie głosy nawołują się i udzielają sobie odpowiedzi”. Ci tutaj nie znaleźli nikogo, kto mógłby dać im odpowiedź. Nie ustają jednak w poszukiwaniach. Ciągnie ich do innych ludzi jak nigdy ich nie ciągnęło, gdy byli trzeźwi, choć sami zapewne mogliby być dla drugich jedynie wilkami.

Wyraz swej wiary dadzą więc zapewne na którejś ścianie w sposób pijacko prosty i szczery. Widziałem już podobny napis na przystanku, gdzie czerwoną farbą wymalowano: Jebać policję, tylko Bóg może nas sądzić. Filozofia podwórkowa, która tak samo, jak ten tekst, jest krzykiem ludzkiej duszy. Dlatego też tylko głupiec przejdzie obojętnie obok i nie uczyni go przedmiotem choćby skromnej refleksji.

O wiele prościej jest przecież odgrodzić się od problemów świata. Odgrodzić w sposób dosłowny, za pomocą wysokiej siatki i domofonu. I w sposób mniej dosłowny, za pomocą milczenia i wewnętrznego zamknięcia w sześcianie własnego ego. Nie odzywać się w pociągu, tramwaju. Być zamkniętym wewnątrz własnych myśli, pogrążać się w dźwiękach wysyłanych przez słuchawki od odtwarzacza. Nie uśmiechać się. Mieć pretensje. Spieszyć się. Jakie szczęście reprezentują sobą ci wszyscy ze złotych klatek z wyboru? Jak smakuje ten raj budowany się za pomocą płotu? W najmniej spodziewanym momencie wróciliśmy do czasów pierwotnych instynktów, kiedy najbardziej pożądany był spokój i bezpieczeństwo. Świat za murem – to dżungla, a ona nie ma prawa wedrzeć się do jaskini. W tej jaskini za murem, która posiada podziemny parking i pięć klatek schodowych, jest na tyle bezpiecznie, że można założyć rodzinę. Dlatego właśnie tak bardzo boję się wyjść po zupę w proszku. To jest ten ludzki lęk bycia poza czymś co pewne, bezpieczne.

Kiedy już zdecydowałem się wyjść po zupę, mijałem tyły sklepów z przyklejonymi do ściany białymi pudłami. W środku każdego pudła był wiatrak, który wywoływał ciepłe powietrze. Rozmyślałem wtedy o tym dlaczego tak naprawdę nie chcemy poznać prawdy i dlaczego jesteśmy tacy leniwi. Ostatni raz godzinę temu medialny tutor rzeźbił moją świadomość na kształt moich ulubionych poglądów. Szlifuje ją tak, żeby było mi dobrze i żebym mógł być zadowolony z siebie, tłumacząc sobie w kółko, że przecież mam rację. W manipulacjach swych nie znając granic, elektroniczni informatorzy zaopiekują się naszymi mózgami, przerabiając nas na tysiące pyszałków przekonanych o swoich racjach, które są zbiorem sloganów i których nawet nie będziemy rozumieć. I nie przerażają mnie tak bardzo już kibice, którzy straciwszy wszelką ludzkość stali się wilkami, gdyż złość ich jest szczera i prosta. O wiele bardziej przeraża mnie poznawcza koncepcja człowieka.

I może cały problem nie polega na tym, że to wszystko o czym piszę istnieje naprawdę. Ale problem w tym, że nazywamy to wolnością.
Źródło: prozatorskie.pl/forum/viewtopic.php?t=4133


Temat: Morskie Oko
Morskie Oko dawniej nazywano Rybim Jeziorem lub Rybim Stawem, gdyż należy do nielicznych zarybionych w sposób naturalny jezior tatrzańskich. Żyją w nim pstrągi odmiany tzw. głodowej. Z Morskim Okiem wiąże się wiele góralskich podań i legend. Według jednej z nich nazwa "bezdennego" jeziora w Dolinie Rybiego Potoku wzięła się stąd, że ma ono jakoby podziemne połączenie z Adriatykiem. Dowodem na to było rzekomo wyłowienie z jego wód butelki, a także szkatułki z kosztownościami, które razem ze statkiem poszły na dno morza.
Nad jeziorem dumnie pysznią się Mięguszowieckie Szczyty (2438 m), górujące nad jego taflą niemal tysiącmetrowymi urwistymi ścianami. Najwyższy szczyt Polski, Rysy (2499 m), cofnięty jest daleko w południowo-wschodni kąt kotliny Morskiego Oka i z okolic schroniska nie widać go. Nagromadzenie wyniosłych szczytów wokół jeziora sprawiło, że od dziesięcioleci Morskie Oko uchodzi za nieoficjalną stolicę polskiego alpinizmu.

Morskie Oko, największe jezioro tatrzańskie, leży na wysokości 1393 m n.p.m. i ma 34,54 ha powierzchni, 50,8 m głębokości, 862 m długości i 566 m szerokości. Jego misa zawiera prawie 1 mln m3 krystalicznie czystej wody, czyli około 500 basenów o wymiarach olimpijskich.
Nad jeziorem dumnie pysznią się Mięguszowieckie Szczyty (2438 m), górujące nad jego taflą niemal tysiącmetrowymi urwistymi ścianami. Najwyższy szczyt Polski, Rysy (2499 m), cofnięty jest daleko w południowo-wschodni kąt kotliny Morskiego Oka i z okolic schroniska nie widać go. Nagromadzenie wyniosłych szczytów wokół jeziora sprawiło, że od dziesięcioleci Morskie Oko uchodzi za nieoficjalną stolicę polskiego alpinizmu.

Jezioro zamknięte jest w żłobie lodowcowym, który powstał w wyniku pracy dwóch lodowców, spływających z położonych wyżej cyrków Czarnego Stawu (1584 m) i Doliny za Mnichem (1800 m). Od północy Morskie Oko "podparł" 20-metrowy wał moreny czołowej, na której stoi schronisko. Stąd właśnie można podziwiać klasyczny krajobraz wysokogórski, z całym bogactwem różnorodnych form skalnych. Na zboczach Miedzianego (po prawej) i Żabich Szczytów (po lewej) świetnie widać układ pięter roślinnych. Górna granica lasu wznosi się maksymalnie do 1650 m na zboczach Żabiego, gdzie ostał się ostatni większy fragment pasa limbowego, a obniża w chłodnej dolinie do 1400 m. Powyżej, do wysokości 1850 m rozciąga się piętro kosodrzewiny, nad nim, do 2300 m - piętro hal, czyli alpejskie. Jeszcze wyżej, w piętrze turniowym, rosną nieliczne rośliny, rozproszone wśród skał i piargów. Na blokach skalnych wokół jeziora widać wszędzie skomplikowane wzory, tworzone przez barwne porosty.

Jesienią Morskie Oko błyszczy najpiękniej wśród gamy kolorów: na szczytach leży już pierwszy śnieg, kontrastujący z ciemnymi urwiskami ścian skalnych, głęboka zieleń kosodrzewiny odcina się od rdzawych hal, a na tle zwałów piargów wyrastają sylwetki ciemnych limb i świerków, poprzetykane gdzieniegdzie złocącymi się brzozami i krwistoczerwonymi jarzębinami. Dodajmy do tego specyficzny błękit jesiennego nieba i oto mamy wokół niezwykłego jeziora całą paletę barw.

Schronisko Nowe (Od 1945 r. schronisko prowadzi rodzina Łapińskich)zbudowano je w latach 1907-08,W latach 1988-92 przeprowadzono jego remont kapitalny (z zachowaniem pierwotnego wyglądu), wymieniając 80% ścian zewnętrznych, dużą część konstrukcji dachu i jego pokrycia. Wybudowano też nowoczesną biologiczną oczyszczalnię ścieków. Odnowiono i zmodernizowano pomieszczenia wewnętrzne, łazienki i sanitariaty, dzięki czemu Morskie Oko stało się najbardziej komfortowym schroniskiem w polskich Tatrach.
Mimo zmian zachowało się jednak coś z niepowtarzalnej atmosfery. Niezmienny pozostał przepiękny widok, rozpościerający się z balkonu sali nr 9 (najlepszy pokój - pierwsze piętro nad werandą).


W skrócie dla tych co szybko chcą się dowiedzieć, bez głębszego czytania....

Co takiego jest w tym miejscu, że dziennie odwiedza je nawet 20 tysięcy osób, pomimo że trzeba pieszo przejść 8-kilometrowy odcinek szosy, a jakby tego było mało, drugie tyle z powrotem? Otóż w zgodnej opinii wielu, otoczenie Morskiego Oka jest jednym z najpiękniejszych zakątków Tatr, a być może najpiękniejszym w Tatrach Polskich. Otoczenie jeziora ma najbardziej wysokogórski charakter po polskiej stronie Tatr. Mięguszowieckie Szczyty wznoszą się ponad 1000 metrów nad lustrem wody, W głębi nieco z tyłu znajdują się Rysy uważane za najwyższy szczyt Polski. Uwagę przykuwa też ogromne pole piargów u stóp Mięguszowieckich Szczytów oraz strzelisty Mnich.

Dojazd
Szosą z Zakopanego, jadąc autobusem lub samochodem, można było podjechać aż pod samo schronisko nad brzegiem jeziora aż do 1967 roku. Później wjazd był możliwy tylko do Polany Włosienica leżącej niecałe 2 km przed jeziorem. Zbudowano tam ogromny parking, który dziś jest praktycznie nie wykorzystany. W latach 80-tych osuwiska ziemi w okolicy Wodogrzmotów uszkodziły szosę, której już nie naprawiono, a ruch samochodowy zamknięto. W ten sposób dziś można dojechać tylko do polany Palenica Białczańska, oddalonej od Morskiego Oka o 8 km. Stąd można iść pieszo lub podjechać "zaprzęgowym tramwajem" za około 30 złotych od osoby. Na polanie powstał kolejny ogromny płatny parking, na którym postój samochodu osobowego przez cały dzień kosztuje około 30 złotych.

Szlaki
Na brzegu Morskiego Oka rozpoczyna się szlak na Rysy (2499 m). Podejście 1100 metrów zajmuje około 3,5 godziny, a zejście około 3 godzin. Szlak jest moim zdaniem raczej nieciekawy, wspaniały jest natomiast widok ze szczytu (trzeba mieć trochę szczęścia).

Zdecydowanie ciekawszy jest szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem (2307 m), oddzielającą Mięguszowiecki Szczyt Czarny od Pośredniego. Dla porządku zaznaczę, że szlak ten jest fragmentami ubezpieczony i miejscami dość eksponowany. Fakt, że wiedzie północną ścianą masywu potęguje niebezpieczeństwo zaśnieżenia lub oblodzenia w przypadku nagłego załamania pogody (w takiej sytuacji może się okazać nie do przejścia).

Inny, łatwy szlak prowadzi na Przełęcz Szpiglasową. W Dolinie za Mnichem odgałęzia się od niego krótki szlak na Wrota Chałubińskiego (moim zdaniem znacznie ciekawszy). Warto tam pójść ze względu na widok w głąb słowackiej Doliny Piarżystej. Jest to niezwykle piękne i rzadko odwiedzane miejsce.
Źródło: ekipa.eu/forum/viewtopic.php?t=1365


Temat: opowiadanie
" MIĘDZY SŁOWAMI"


Kiedy umiera dziecko, Niebo płacze, a na Ziemię przybywa Anioł, by pomóc temu dziecku bezpiecznie dotrzeć na Górę.
Kiedy umiera dziecko, w matce też coś umiera.
Może matki powinny odchodzić razem ze swoimi dziećmi?

Tylko, że często tak bywa, że te osierocone matki również mają swoje matki, które mogłyby nie przeżyć podwójnej tragedii.

Widziałam rozpacz kilku matek.
Gdy stały nad trumną swojego dziecka i wyglądały całkiem jak nie one.
W obliczu takiej tragedii człowiek zmienia się w ułamku sekundy, ale już na całe życie.

Znam ojców, którzy osiwieli w jednej chwili na wieść o śmierci dziecka.
Znam matki, których serce pękło i nigdy się nie zrosło.

Widziałam , jak szaleństwo pcha zbolałą matkę do wykopanego grobu , w którym za chwilę spocznie ciało jej dziecka.

Widziałam ojca stojącego nad otwartą trumną, głaszczącego nieżyjącego synka i szepczącego mu słowa, których brzmienie trudno nam sobie wyobrazić.

Widziałam matkę tego chłopca. Patrzyłam na nią, ale jej nie poznałam. Mimo, że znam ją od dziecka.
Nie znalazłam w sobie tyle siły by do niej podejść. Co powiedzieć kobiecie, która właśnie pochowała swoje jedenastoletnie dziecko?
Może nie trzeba mówić nic. Zresztą ona i tak nic nie usłyszy. Ona i tak niewiele widzi. Obecna choć nieobecna.

Bo wciąż słyszy śmiech swojego syna. Bo wciąż migawki sprzed lat, miesięcy, dni.
Obrazy z czasów, kiedy wszystko było piękne. Bo był ON.

Od dnia, kiedy wyszedł do szkoły i już nie wrócił, nic nie jest takie samo.
Od dnia, gdy zadzwonili do niej do pracy każąc natychmiast przyjechać do szpitala, wszystko nabrało nowego wymiaru.

Miała złe przeczucia. Choć nigdy wcześniej trzynasty piątek nie budził w niej obaw.
Tego grudnia było inaczej.
Wychodziła do pracy bardzo wcześnie, więc napisała synowi kartkę i powiesiła na lodówce.

„ Kochanie, uważaj dziś na siebie. Dziś jest piątek, trzynastego. Całuję, mama”.

Dlaczego to zrobiła?
Czasami myśli, ze to ona sprowadziła na niego tą tragedię.

Przez cały dzień w pracy była niespokojna. Nie wolno im mieć telefonów na Sali, więc z niepokojem spoglądała na zegarek, czekając na szesnastą.

O trzeciej zegarek się zatrzymał.

Już wiedziała, że coś musiało się stać.

Dwadzieścia minut po piętnastej na salę wszedł szybkim krokiem jej kierownik i patrzył na nią tak, że była już pewna, że coś się stało.

Zarzucił jej płaszcz na ramiona i wyprowadził na parking. Powiedział, że Daniel miał wypadek w szkole i wiozą go właśnie do szpitala.
Nic więcej nie wie.

Jej telefon zadzwonił. Adam- mąż, powiedział, że jest już w szpitalu a Daniela operują. Płakał. A on tylko dwa razy w życiu płakał.
Pierwszy raz, gdy Daniel się urodził.

Drugi raz… Daniel był malutki. Zakrztusił się orzeszkiem. Byli w restauracji, a dziecko zaczęło się dusić. Adam niewiele myśląc chwycił malucha za nogi i potrząsał nim jedną ręką, trzymając go głową w dół, a drugą klepał po plecach.

Orzeszek wypadł, a Adam wtedy płakał drugi raz.

Wiedziała już, że z jej synem dzieje się coś strasznego.
Droga z pracy do szpitala była drogą przez mękę. Wypełniona po brzegi bólem, niepewnością i strachem.

Na szpitalnym korytarzu, przed salą operacyjną czekał na nią Adam.
Miał twarz zapuchniętą od płaczu.

W tej samej chwili z bloku operacyjnego wyszedł lekarz. Przegraną miał wypisaną na twarzy.

Powiedział, że jest mu bardzo bardzo przykro. Że Daniel miał pękniętą wątrobę. Że jak próbowali ją pozszywać, to im się w palcach rozeszła.
Człowiek nie może żyć bez wątroby.

Adam posiwiał w ułamku sekundy.
Do Agnieszki powoli zaczynały docierać słowa wypowiadane przez lekarza. Przedzierały się przez naturalną zaporę bezpieczeństwa, wwiercając się w mózg.

-- Przykro mi, nie udało nam się uratować Państwa syna.

-- Czy to znaczy, że mój syn nie żyje?

-- Przykro mi- powtórzył lekarz i wyglądał tak, jakby naprawdę było mu przykro.

-- To niemożliwe. On nie może umrzeć . Za tydzień Święta Bożego Narodzenia.

Prezenty pochowane w szafach i w wersalce spokojnie czekały na swój dzień, skrywane przed dziecięcą ciekawością .



Wszystkie podstawówki w miastach wyglądają tak samo. Mają takie same boiska i takie same na nich bramki.

Jedna z tych bramek przewróciła się i zabiła dziecko Agnieszki.
Jedna z tych bramek w jednej chwili raz na zawsze zmieniła ich całe życie .
Życie wypełnione radosnym śmiechem Daniela.
Teraz nawet nie ma po co wracać do domu.
Nie ma dla kogo wstawać rano i kłaść się wieczorem.


Kiedy umiera dziecko, Niebo płacze, a na Ziemię przybywa Anioł, by pomóc temu dziecku bezpiecznie dotrzeć na Górę.
Kiedy umiera dziecko, w matce też coś umiera.
Może matki powinny odchodzić razem ze swoimi dziećmi?

Co można powiedzieć kobiecie, która właśnie straciła sens życia?
Co powiedzieć kobiecie, która właśnie pochowała swoje jedenastoletnie dziecko?

Niewiele. Może:

„ Pamiętaj, że gdziekolwiek Daniel się znajdzie, zawsze Jego część pozostanie w naszych sercach. Sercach ludzi , którzy Go kochali.
Pamiętaj że Bóg też Go kocha.
Tak bardzo.......
........ że już nie chce się Nim z nikim dzielić.”


Anioł przybył z Nieba i zabrał Agnieszce syna.

Od tego dnia Agnieszka przestała obchodzić Święta.
Tego dnia Agnieszka przestała też kochać Anioły i Boga.





ATENA
Źródło: prozatorskie.pl/forum/viewtopic.php?t=1021